Emigracja
Jak pewnie niektórym z Was wiadomo, opuściłem ostatnio Polskę. Mimo że zawsze podobało mi się w kraju i potrafiłem się w nim dobrze urządzić, trafiła się okazja, której przepuścić nie wypadało.
Była nią oferta firmy Fluendo z Barcelony. Dobrze zdaję sobie sprawę z mojego podeszłego wieku i nadciągającej starości, więc bez ogródek przyznałem przed samym sobą, że "jak nie teraz, to nigdy". Trzeba jechać!
Jeśli chodzi o pracę, to teraz zbyt wiele zdradzić nie mogę. Temat podsumuję dwoma stwierdzeniami: po pierwsze używam Django (które nota bene doczekało się wersji 1.0-aplha), a po drugie strona Fluendo niebawem przestanie wyglądać jak zabytek z 1996 roku.
Poza szczegółem takim jak zmiana "PLN" na "EUR" na wystawianych przeze mnie fakturach (cyferki pozostają w przybliżeniu te same), potencjalnych korzyści z wyjazdu widzę wiele. Główna, to możliwość opanowania języka. Mówię tu oczywiście o castellano, bo kataloński traktuję bardziej jak lokalny smaczek. I tak każdy gada tu po hiszpańsku, a katalońskie napisy łatwo zrozumieć.
Ze zdziwieniem przekonałem się, że po dwuletniej przerwie w nauce sporo z hiszpańskiego pamiętam, jeszcze więcej rozumiem, a do tego - paradoksalnie - mam straszne braki w absolutnych podstawach. Na szczęście, pomimo wakacji, udało mi się wreszcie znaleźć szkołę prowadzącą zajęcia poza godzinami dla bezrobotnych. W uroczej menażerii składającej się z czwórki Chińczyków, dwóch Japonek, Turczynki, Rosjanki, Brazylijczyka i oczywiście Polaka, ćwiczymy podstawy komunikowania się. A biorąc pod uwagę pochodzenie kursantów, nie jest łatwo. Oczywiście najbardziej bezboleśnie udaje się rozmowa z brasileño, zaś Chińczycy mają naprawdę duży problem fonetyczny z przestawieniem się ze skandowania sylab na bardziej płynne, zaś ubogie tonalnie, języki europejskie. Dopiero teraz widzę wyraźnie, jak ogromna jest tu przepaść. Jeśli więc spotkacie mieszkańca kraju środka władającego w zrozumiały sposób mową z zachodu, proszę nie pokładać się ze śmiechu, tylko docenić jego poświęcenie.
Oprócz pozytywów, Barcelona ma też ciemne strony. I nie chodzi tu tylko o masy turystów nie pozwalające przecisnąć się z pracy do metra, ale i o konsekwencje wynikające z tego zjawiska. Otóż wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość, trzeba mieć przyspawane bezpośrednio do ciała. Szczególnie latem. Przekonałem się o tym boleśnie, gdy po dwóch beztroskich tygodniach nie znalazłem swojego roweru, na którym - jak codzień - przyjechałem do pracy. Nie pomogła ani gruba linka ani ruchliwy chodnik w pobliżu biurowca, na którym rower pozostawiłem. Wyparował. Podobnie stało się z portfelem naszego rodaka, którego napotkałem jadąc na plażę. Wystarczyło przesiąść się z samolotu do metra, by w niewyjaśniony sposób stracić dokumenty i gotówkę. Zresztą, nawet przechodząc parę metrów obleganą przez turystów Ramblą można zorientować się, że zewnętrzne kieszenie plecaka mają tam tendencję do tajemniczego otwierania się.
Jeśli już przy turystyce jesteśmy, to wszystkich gorąco zachęcam do odwiedzenia tego pięknego miasta, ale... pod żadnym pozorem w lecie! Raz, że zamiast zwiedzania czeka nas przeciskanie się w tłumie innych, spragnionych zdjęcia pod pomnikiem Kolumba, turystów. Dwa, że upał naprawdę potrafi tu dopiec. Dosłownie i w przenośni. Katalonia pięknie wygląda i w maju, a jest już na tyle ciepła, że przyzwyczajony do bałtyckich temperatur Polak wejdzie do morza bez oporu. Prawdopodobnie równie dobrze wygląda jesienią, ale o tym się dopiero przekonam :)
O dalszych losach będę informował, a na razie zapraszam do powstającej galerii.
emigracja
No, nareszcie coś wiemy. Tak to jest jak się dziecko wypuści spod skrzydeł. A jakbym tak nie miała internetu, albo, co gorsza komputera? Mamusie prosze częściej informować o swoich poczynaniach!!! Rower mogę Ci przysłac taki z bazaru - na pewno nie zniknie.