Snowboard w Dizin, czyli freeride na maksa

Dizin to największy ośrodek narciarski w Iranie. Tak jak wszystkie inne godne uwagi stoki, ulokowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie Teheranu. Choć do miasta w linii prostej jest około 20 kilometrów, prowadząca tam droga ma ponad setkę, gdyż wiedzie naokoło masywu górskiego.

Dolna stacja kolei oraz wszystkie dwa hotele znajdują się na wysokości 2700m. Górna to już 3700m n.p.m. Nic dziwnego, że po przybyciu z naszego nizinnego kraju odczuwaliśmy pewną słabość. Udział w tym miała też cena hotelu i wynikająca z niej oszczędność na jedzeniu ;) Dwuosobowy pokój hotelowy kosztuje bowiem około 150PLN za dobę. Na szczęście lepiej jest z karnetami, bo cena jednodniowego skipasu waha się od 50 do 65PLN. Przyczyny tych wahań nie odkryliśmy; najprawdopodobniej wyższa cena obejmuje weekend ale jego zlokalizowanie w tygodniu jest dość trudne (w Iranie, jak każdym prawdziwie muzułmańskim kraju, dzień święty wypada w piątek).

Po przybyciu na miejsce nic nie zapowiadało dobrej zabawy. Najpierw taksówkarz - w zasadzie pierwsza osoba napotkana po wyjściu z autobusu - pokazał nam, że łatwo nie będzie. Gdy styrany Paykan, obuty w kompletnie łyse opony, poślizgnął się na plamach śniegu pokrywających asfalt, przebiegły dziad puścił kierownicę i wymachując łapami zajęczał coś żałośnie. Sprawa była oczywista. Tuż przed celem nasz kierowca zaczął żebrać o wyższą zapłatę. Cena 20USD za dojazd z Teheranu nie wydawała nam się niska, a przede wszystkim była ustalona. Co więcej, argument dziada wydawał nam się absurdalny, bo czego niby spodziewał się po wyprawie w góry? Piaszczystej plaży otoczonej palmami? Po krótkiej sprzeczce spławiliśmy go, dorzucając 20000 riali czyli równowartość dwóch dolarów. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że poznajemy starą tradycję irańskich taksówkarzy i dilerów, polegającą na dożebrywaniu do wynegocjowanej wcześniej kwoty.

Po wyjściu z pojazdu i pożegnaniu dziada ciepłym "spierdalaj" spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka. Wyciągi były nieczynne i nikt nie był w stanie udzielić nam odpowiedzi dlaczego. Krótki rekonesans w hotelach ujawnił zabójczy poziom cen i kompletny brak alternatywy. Co gorsza, droga ewentualnego odwrotu była odcięta, bo w okolicy nie widać było ani jednej taksówki, o autobusach nie wspominając.

Niewyspani, wymęczeni dwiema dobami spędzonymi w autokarze z Istambułu, nie mieliśmy nawet siły kombinować zbyt wiele. Najłatwiej szło nam czekanie... i doczekaliśmy się. Wyciąg ruszył! W te pędy porzuciliśmy bagaże w hotelowej kanciapie, przebierając się w snowboardowe ciuchy. Towarzyszył temu lekki dreszczyk emocji, gdyż kanciapa była przeszklona a na temat Iranu i skromnej odzieży słyszeliśmy wiele legend. Na szczęście zmiana spodni odbyła się bez ekscesów.

Dalej było już tylko lepiej. Choć pogoda średnia, a lenie ratraku nie raczyły zawczasu wytoczyć z garażu, jeździło się całkiem nieźle. Co prawda działała tylko dolna część wyciągu, a wyjazd poza trasę kończył się natychmiastową glebą i długotrwałym wygrzebywaniem. Byliśmy jednak całkiem zadowoleni. To pierwsza nasza jazda w tym biednym sezonie! Krótka rozgrzewka, przypomnienie i śmigaliśmy jak starzy wyjadacze, a przynajmniej tak nam się wydawało.

Po tych szaleństwach przyszła pora poznawać uroki naszego domostwa. Cena 60 dolarów w takim kraju powinna oznaczać wszelkie możliwe luksusy. Nic z tych rzeczy! Hotel w dużej części pamięta swoje pierwsze lata, czyli sześćdziesiąte zeszłego wieku. Wszędzie unosi się lekki fetorek, a łazienka... cóż, byłaby nawet do wytrzymania gdyby nie dziura pod wanną, która przywodziła na myśl wszelkie oślizgłe i cuchnące potwory lubiące takie schronienia.

Po zainstalowaniu przyszła pora na napełnienie żołądków. Wizyta w restauracji ujawniła menu składające się tylko i wyłącznie z... pizzy w kilku rodzajach. Była bardzo dobra, tylko śmierdziała małością. Przy okazji skorzystaliśmy z zaproszenia siedzącego obok pana, który poczęstował nas herbatą i przedstawił się jako szef tego hotelu. Krótka rozmowa wykazała niebywałą wręcz sympatię, jaką darzył obecny rząd Iranu. Trudno się jednak dziwić takiej opinii u człowieka piastującego całkiem wysoki stołek w państwowej organizacji turystycznej. Jak się miało okazać później, był to absolutny ewenement pośród napotkanych Persów.

Pogoda o poranku nie nastrajała zbyt optymistycznie, tym bardziej że trudno to było nazwać porankiem. Trudy podróży podsycone kilkoma długimi zjazdami wymagały porządnej regeneracji. Ruszyliśmy więc na stok mocno spóźnieni i już po dwóch zjazdach wszystko wskazywało, że na tym skończymy. Pogoda się załamała. Przyszła zamieć i widoczność spadła prawie do zera. Uradowani spostrzegliśmy jednak, że mimo zatrzymania głównego wyciągu uruchomiono boczną gondolkę. Zadowoleni zapakowaliśmy się do środka, by w trakcie podróży na górę dowiedzieć się, że wiezie ona ludzi na górny parking, a trasa jest zamknięta. Z lekką obawą patrzyliśmy za okno, gdzie już kompletnie nic nie było widać. A my przecież nie znamy tej trasy!

Na górze na szczęście znalazł się narciarz, który zaoferował doprowadzenie nas do środkowej stacji, czyli miejsca znanego z wczoraj. Jazda po omacku początkowo była całkiem zabawna, jednak częste upadki dawały się we znaki. Wygrzebywanie z puchu zużywa sporo sił, szczególnie na takiej wysokości, a gęstniejący opad i powoli zapadający zmierzch coraz bardziej utrudniały tę nierówną walkę.

Próbując różnych pomysłów, postanowiłem kierować się wzdłuż linii kolei linowej, by nie wyjechać nigdzie w nieznane mi rejony, a już na pewno nie w wiodącą lewą stroną przepaść. Nic bardziej błędnego! Trasa wcale nie wiedzie wzdłuż słupów, a uświadomiło mi ten fakt spotkanie z zaspą, w którą wpadłem głową do przodu tak głęboko, że przez moment nie mogłem się wygrzebać ani zaczerpnąć powietrza. W tej krótkiej chwili nie było mi naprawdę do śmiechu. Na szczęście w okolicy coraz liczniej pojawiały się ludzkie sylwetki. Często znikały jeszcze szybciej w okolicznych zaspach, ale prawdopodobieństwo mówiło, że przynajmniej część z nich to lokalsi, którzy wiedzą krórędy w dół. To nieprawdopodobne, jak oszukany zamiecią i zaparowanymi goglami wzrok potrafi zdezorientować! Człowiek nie wie do końca czy jedzie ani też którą nogą do przodu. O ocenie prędkości nie ma już w ogóle mowy, chyba że na podstawie ilości fikołków wykonanych przy zaryciu w miękki śnieg. Koniec końców, zmordowany ale szczęśliwy dotarłem na dół, gdzie spotkałem równie zadowolonego Palucha.

Wieczór znów spędziliśmy w towarzystwie szefa. Po krótkiej opowieści o dziennych przebojach stwierdził, że należy nam się rekompensata za słaby dzień i zaprosił na kolację. Wtedy właśnie wyszło na jaw, że wczoraj pokazano nam menu dla westów nie znających lokalnej kuchni! Nam, ludziom zdeterminowanym by poznać najtańsze i najbardziej irańskie z irańskich atrakcji! Na stole pojawił się oczywiście naleśnikowaty chleb, zupa, a do tego podejrzanie świeże warzywa i oliwki. W kraju, w którym cztery pory roku trwają cały rok, można nie takie rzeczy spotkać, o czym mieliśmy się niedługo przekonać. Tymczasem na zewnątrz wciąż trwała zamieć, stawiając pod znakiem zapytania dzień jutrzejszy...

Już w nocy okazało się, że nazajutrz będzie pięknie. Chmury poszły sobie precz i naszym oczom ukazały się ukryte dotychczas stoki, oświetlone lampami z dolnej stacji. Stacja dbała też, by od świeżego górskiego powietrza nie rozbolały nas głowy i okresowo uruchamiała agregat, który przez wysoki komin pompował w dolinę chmurę dymu. Smrodek nie do końca przepalonej ropy rozchodził się w oka mgnieniu do wszystkich pomieszczeń hotelu, przypominając że gościmy w kraju, gdzie ropa jest tańsza od wody.

Rano poderwaliśmy się na równe nogi i przywdzialiśmy strój bojowy szybko jak nigdy. W oczekiwaniu na otwarcie wyciągu najpierw udzieliliśmy pierwszej lekcji snowboardu hotelowemu szefowi. Mimo garnituru i półbutów, dziarsko radził sobie na ścieżce przed wejściem, ku uciesze innych gości. Bardzo miły człowiek, tylko o podejrzanych poglądach.

Czas mijał i to dość szybko za sprawą usypanej naprędce skoczni. Mijał, a wyciąg nadal stał w miejscu. Dookoła kręciła się zaledwie garstka ludzi, co uświadomiło nam przyczynę opieszałości. Po prostu wszystkie drogi z Teheranu zostały zasypane przez śnieg, więc klientela nie dojechała. Na dodatek zepsuła się maszyna do ładowania karnetów. Kiedy w końcu z trudem cały ten burdel zaczął funkcjonować, wszyscy szturmem rzucili się na gondolę. Było warto!

Z górnej stacji w Dizin można wybrać 3 trasy. Dwie średniej trudności i jedną naprawdę stromą i wąską. Tylko kto zawracałby sobie nimi głowę, gdy dookoła leżały niezmierzone hektary świeżego, nietkniętego puchu? Zaczęło się szaleństwo. Stoki pozbawione drzew i tylko gdzieniegdzie poprzetykane skałami dają nieograniczone możliwości, byleby tylko pilnować i nie wjechać w dołek. Czasem sunie się majestatycznie rozgarniając na boki fale miękkiego śniegu, a czasem pędzi na złamanie karku po stromej ścianie bez obaw o twarde lądowanie. W przerwach, podczas jazdy kolejką, rozmawialiśmy z autochtonami o tym i owym, także o polityce. Jedno było niezmienne: mało kto potrafił o obecnym rządzie mówić nie dodając "ci debile". Czuliśmy się jak w ojczyźnie :)

Mimo obsuwy na starcie, ledwo dotrwaliśmy do końca. Przed zamknięciem ośrodka przewracaliśmy się już w zasadzie ze zmęczenia. Jasno postawiona sprawa w restauracji ("Chcemy irańskie żarcie, nie jakąś zafajdaną pizzę!") i można było udać się na zasłużony odpoczynek, w nadziei na kolejny fajny dzień. Wieczorem odezwał się też Manolo z Sewilli, namierzony przez Hospitality Club. Dotąd rezydował w Shemshak, ale po - jak to określił - "najlepszym dniu jazdy w życiu", postanowił wraz z kompanem zobaczyć Dizin. Oczywiście nie obyło się bez ekscesów z udziałem lokalnych kierowców. Kiedy spotkaliśmy go na śniadaniu, ciągle jeszcze kierował obelgi pod adresem irańskich taksówkarzy. Na szczęście piękne warunki na stoku szybko rozpogodziły mu mordę.

Następny dzień to już pełna orgia narciarska. Tłumy z Teheranu i okolicznych miast wyległy na stoki nie tylko by pojeździć, ale i złapać słońca. W oddaleniu od strażników rewolucji, dziewczęta chętnie odkrywały włosy i przekonaliśmy się na własne oczy, że Iranki są jednymi z najpiękniejszych na świecie. Niestety, każdej towarzyszył jakiś facet, a najczęściej cała grupka znajomych. Dizin wydaje się być w stanie pomieścić każdą ilość narciarzy. Wąskim gardłem była tylko kolejka, dająca z kolei szansę na nawiązanie ciekawych znajomości. Tam właśnie spotkaliśmy Alego, który pracując w austriackim koncernie paliwowym poznał języki i europejską kulturę. Szybko wyjaśniał nurtujące nas kwestie związane z dziwnymi zjawiskami w tym kraju. Okazał się też niezwykle pomocny, bo zabrał nas na stopa do Teheranu drogą przez Shemshak, rozwiewając zmartwienia w temacie poszukiwania nieistniejących taksówek.

Wjazd do Teheranu po wizycie w górach może być ciężkim szokiem. Kto pamięta Górny Śląsk z lat 80 zeszłego stulecia, może sobie wyobrazić jak wygląda to miasto. Po krystalicznie czystym powietrzu natrafiliśmy na gęstą kołdrę nieprzejrzystej zawiesiny produkowanej przez miliony rur wydechowych Paykanów, palących 25 litrów na setkę. I mimo atrakcyjnego położenia u stóp trzytysięczników, w centrum zarys gór widać średnio raz na tydzień. Ali do całego absurdu swojego rodzinnego miasta podchodził z ogromnym dystansem. Zaprosił nas do swojego domu, który wywołał opad szczęki. W niepozornym kilkupiętrowym budynku mieściło się malutkie ale pięknie zaprojektowane mieszkanie z bogato zaopatrzonym barkiem. Odmówiliśmy jednakże propozycji wspólnego złamania prawa. Ali zafundował nam taryfę do centrum i tak prezentując przykład irańskiej gościnności, napełnił nadzieją co do dalszej podróży :)

Garść praktycznych informacji

Koło Teheranu znajdują się dwa ośrodki: Dizin i Shemshak. Pierwszy z nich opisałem powyżej, drugi zaś to gratka dla bardzo dobrze jeżdżących. Trasy są dużo krótsze, ale bardzo strome. Bardzo żałujemy, że nie mieliśmy okazji tam pojeździć, ale mamy motywację do kolejnej wyprawy.

Oba ośrodki dzieli około 12 kilometrów. Dystans z Teheranu jest podobny, tylko jedzie się w niemalże przeciwne strony. Droga do Dizin wiedzie od zachodu przez Karaj, do Shemshak przez północne dzielnice Teheranu. Mimo drogi łączącej miejscowości, zimą nie da się zrobić pełnej pętli. Otwarta jest tylko droga pomiędzy Shemshak a górnym parkingiem w Dizin, a i ona wymaga ostrożnej jazdy, bo w dziurach bez trudu można zostawić całe koło.

Na bazę noclegową zdecydowanie lepiej wybrać Shemshak. Raz, że w razie chęci można stamtąd szybko dojechać do Dizin. Dwa, że jest to całkiem pokaźne miasteczko i wybór lokali jest spory. W Dizin mamy do dyspozycji tylko dwa wspomniane hotele, natomiast w Shemshak można znaleźć całe domy do wynajęcia, co może się bardzo opłacać przy większej ekipie. Na wypady do Dizin warto wypożyczyć auto (konieczne międzynarodowe prawo jazdy) lub chociaż załatwić kierowcę z pojazdem.

Ceny

Aktualne przy kursie 9.700 IRR = 1 USD, 13.500 IRR = 1 EUR.

Koniecznie należy wziąć ze sobą zapas riali, bo w Dizin nie ma najmniejszych szans wymienić waluty. Można jedynie zapłacić za hotel w USD lub EUR, po słabym kursie.

  • dwuosobowy pokój w hotelu w Dizin: 600.000 IRR
  • dzienny karnet w Dizin: 150.000 - 200.000 IRR
  • taksówka z Teheranu do Dizin: 200.000 IRR plus dożebrane 20.000 IRR ;)
  • pizza: 35.000 - 40.000 IRR
  • herbata: 5.000 IRR za dzbanek