Krótka opowieść o wpadaniu w nałóg

W paralotniarstwo wpadłem szybko i w sumie przez przypadek. Wraz z 25 wiosną życia dojrzał we mnie bunt (który to już z kolei?) przeciwko siedzeniu w biurze i innym nudom dnia codziennego. Zacząłem rozglądać się za czymś, co da mi frajdę conajmniej taką, jak snowboard zimą i zapewni więcej wrażeń niż ładne widoki i smak piwa na kajakowych spływach.

Padło na latanie. Powietrze było ostatnim żywiołem, z którym nigdy nie obcowałem blisko, a chęć spróbowania tkwiła we mnie od dziecięcych lat. A skoro latanie, to po krótkim zastanowieniu wybór był prosty. Tylko w formie paralotniarstwa pogodzić mogłem poczucie swobody, ciszę, kontakt z naturą, słuszną dawkę adrenaliny, no i oczywiście możliwości finansowe.

Z końcem maja wziąłem sobie wolne i wybrałem się na podstawowy kurs u Arka Pomarańskiego. Każdy kto lata, wie jak czuje się człowiek, gdy spocony od biegania z całym szpejem w dół i w górę, w końcu odrywa się od ziemi, zabrany przez litościwy podmuch. Biegaliśmy tak cały dzień, nie czując zmęczenia. Koniec końców, każdy miał swoje piętnaście. Może nie minut, ale sekund lub metrów - na pewno.

Potem była wyciągarka i nareszcie prawdziwe loty (proszę się nie śmiać). Podczas pierwszego nawet nie rozejrzałem się dookoła. Wystarczyło mi obserwowanie samolotu z wirującym śmigłem, którego pilot w nagłym przypływie weny wjechał na pas, nad którym leciałem. Wylądowałem trochę spocony. Potem stresu było mniej - zaczynałem rozumieć jak działa ten najdelikatniejszy ze statków powietrznych, no i rozglądałem się trochę. Było za czym. Ostatni lot, już po zachodzie słońca, dostarczył mi niezapomnianych wrażeń. Masywny kształt niedalekiej Sobótki, podświetlone ostatnimi promieniami słońca Karkonosze na horyzoncie i setki małych jasnych punkcików układających się w nieregularną siatkę - pierwsze światła w okolicznych wioskach. Sceneria, którą rzadko można podziwiać, nagle okazała się tak łatwo dostępna. Chyba w tym momencie - jeszcze nieświadomie - podjąłem decyzję, że chcę latać.

Po konsultacjach u Arka, zbadaniu dostępnych możliwości i stanu portfela, wybrałem sprzęt. Nowiutkie Nemo wraz z przyległościami dotarło akurat na szkolenie na drugi etap. Skrzydło okazało się bardzo wdzięczne. Wstawało szybko i bez problemu, tak że przez cały kurs nie spaliłem ani jednego startu. Ćwiczyłem zakładanie uszu, b-sztala, a nawet na moment, ciągle sterowany przez radio, wkręciłem się w komin i jadąc w górę poczułem o co tak naprawdę chodzi.

Prawdziwego latania miałem spróbować się we wrześniu na Słowenii. Ostatnie dni przed wyjazdem upływały niemiłosiernie wolno. Koledzy w pracy mieli niezły ubaw, widząc że zamiast robić coś pożytecznego ciągle przełączam na monitorze najróżniejsze prognozy pogody. A ja się podłamywałem, bo zapowiadała się tragedia - pierwszy dzień słoneczny, a potem niż z ogromnym frontem i ciągłe ulewy. Jak się później okazało, prognozy były trafne, ale bałem się na zapas. Jechałem w końcu ze starymi wyjadaczami, którzy swój wywiad meteo mają chyba w każdym zakątku Europy ;)

W końcu nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Po piwku na dobry sen, w ośmioosobowym składzie wyruszyliśmy na południe. Słowenię przywitaliśmy o poranku. Zrobiła na mnie wrażenie. Potężne góry poprzecinane głębokimi wąwozami o stromych, lesistych zboczach. Wszystko to najeżone białymi skałami. Nie wyglądały na okolicę przyjazną lotnikom, ale w okolicach Kobaridu i Tolmina pojawiły się większe równiny i przestrzeń zrobiła się mniej ciasna.

Dwie godzinki drzemki i jazda na górę. Nareszcie latamy!

Pierwszy lot, to był typowy żagiel. Po starcie zaczęliśmy zakładać ósemki w poprzek stoku, próbując podążać za wskazaniami wariometru. Pomimo ciągłych podpowiedzi Arka (ciągle nie rozumiem, jak on potrafi obserwować tyle osób równocześnie), wysokość ciągle topniała. W końcu po kolei odrywaliśmy się od stoku i pomykaliśmy wzdłuż doliny na lądowisko nieopodal miasteczka. Na dole szybkie pakowanie i jazda z powrotem na górę. Arek z Januszem tylko spojrzeli na glajty krążące nad Kobalą i rzucili hasło 'Termika ruszyła!'. Nie można było zmarnować okazji. Na szczycie niespodzianka - wiatr zmienił kierunek na przeciwny. Słyszałem już o takim zjawisku i wiedziałem, że wszystko to jest sprawką słońca, ale widziałem to po raz pierwszy.

Pierwsza poleciała Gosia. Momentalnie znalazła komin i pojechała w górę. Ma już trochę doświadczenia i bardzo ładnie potrafi wykorzystać takie okazje. Zanim żółtodzioby (czyli m.in. ja) wystartowały, już przeskakiwała nad Zmrzly Vrch (tak, słoweński to dziwny język :)

Po kolei poodpalaliśmy się i zaczęliśmy szukać noszeń. Znalazłem kominek w oczywistym miejscu - pod krążącymi wyżej glajtami. Zrobiłem tam jakieś 400m przewyższenia, ale w końcu uciekł mi on bezpowrotnie. Rozpocząłem więc dalsze poszukiwania. Nad szczytem nie było nic, więc zacząłem kręcić w szczątkowych noszeniach nad zawietrzną stroną góry. Arek przez radio ciągle upominał mnie, żebym nie zapędzał się za daleko i nie trafił w efekcie poniżej szczytu góry. W końcu i on wystartował.

Zaraz potem dostrzegłem dwa glajciki startujące ze znajdującej się pod moimi stopami Kobali. Piloci najpierw myszkowali szukając czegokolwiek, aż w końcu zaczęli zakładać regularne kółka. Wiedziałem już co robić. Skierowałem się nad nich, trochę na zawietrznej. Vario głośno i jednoznacznie potwierdziło słuszność decyzji. Zakładając kółko za kółkiem wypracowałem blisko sześćset metrów ponad start. W międzyczasie do komina dołączył Arek, który na swojej żylecie nadrabiał metry dużo szybciej i wkrótce był tuż pode mną.

W ferworze walki o metry nie zauważyłem, że nade mną nie jest już pusto. Od góry dołączył Krzychu, który przeniósł się z poprzedniego komina. Na dodatek tutaj noszenia też zaczęły zanikać, więc szybko wyrównał do mojej wysokości. A ja ciągle nie zauważyłem, że jest w pobliżu.

Zawijając kolejne kółeczko nagle spostrzegłem wychodzącego zza moich pleców glajta, który robi dokładnie to samo i na identycznej wysokości kieruje się prosto na mnie. Chwila zawahania u obydwu pilotów, po czym przechył na prawo i pociągnięcie za sterówkę. Za późno by uniknąć zderzenia. Glajty co prawda odchyliły się na boki, ale my, wyrzucani siłą odśrodkową, uderzamy w siebie z potężną siłą. W głowie tylko jedna myśl - żeby ten cały interes się nie splątał! Widzę jak skrzydła zderzają się na 1/3 długości, odchylają, po czym zsuwają z siebie. Najgorszego udało się uniknąć, ale zabawa trwa. Po uderzeniu obraca mnie na boki. Lecę w dół. Lewą sterówkę chyba wyszarpnęło mi z dłoni. Prawą puściłem, a ręka powędrowała prosto do uchwytu od zapasu. Nagle przestaję spadać, czuję szarpnięcie w górę i widzę całe, pięknie wypełnione skrzydło. Łapię za obie sterówki i lekko przyhamowuję. Leci, wszystko w porządku.

Ostry opiernicz od Arka przez radio, ale zaraz potem pytanie o szkody. Jakimś cudem oba skrzydła są w stanie nienaruszonym, a my obaj lecimy dalej. Krzychu miał jeszcze więcej wrażeń - podczas zderzenia oberwał linkami po szyi, po czym skręcony w taśmach przeleciał kawałek tyłem. Jak się potem okazało, też miał rękę na paczce, ale wyszedł cało.

Dopiero teraz uderza adrenalina. Arek, wiedząc doskonale jak człowiek reaguje na takie sytuacje, każe nam lecieć dalej, żebyśmy ochłonęli. Kierujemy się za resztą, niestety już na znacznie mniejszej wysokości. Powoli zaczynam odczuwać skutki zderzenia. Boli mnie prawa noga w kostce i zaczynam stresować się na myśl o lądowaniu. Ten stres przekłada się na komfort lotu. Arek doradza bym do przelotu wcisnął speeda, ale ten powoduje większe kołysanie i czuję się z nim nieswojo.

Powoli doczłapujemy się nad drugą górę. Próbuję tam coś wyrzeźbić z żagla i załapać się w komin, ale jestem zbyt rozkojarzony. W końcu odmeldowuję się przez radio i kieruję na lądowisko. Krzysiek też po chwili odpuszcza.

Lądując nie chcę obciążyć bolącej nogi i oczywiście oddaję hołd matce Ziemi. Jak na złość zostaję sfotografowany w pozycji uskrzydlonego czworonoga ;)

Potem długo analizowaliśmy tę sytuację. Poza kardynalnym błędem po obu stronach, czyli niedostatecznym rozglądaniem się dookoła, zadziałaliśmy bardzo dobrze. Skręt nie wyszedł do końca, ale był wykonany we właściwe strony i pozwolił uniknąć fatalnego w skutkach czołowego zderzenia. W sumie zeszliśmy się po stycznej, co wywołało rotację zamiast dużo gorszych skutków, których wolimy sobie nie wyobrażać. Tylko jedno pozostało tajemnicą - w jaki sposób Krzysiek oberwał w kość ogonową? A stłukł ją sobie naprawdę boleśnie.

Następnego dnia niebo zakrywa warstwa wysokich chmur. Zapowiadany front się zbliża. Termika nie działa i robimy tylko trzy zloty, w tym jeden na Lijaku. Noga boli mnie tak, że nawet nie próbuję ustać lądowań i za każdym razem walę się na ziemię jak zrzut kartofli. Trudno mówić o komforcie, ale przyjechałem tu latać, a czas na leczenie ran będzie w domu.

Prognoza sprawdza się. Następnego dnia leje od rana. Pakujemy się do busa i ruszamy szukac lepszej pogody. Cel - Chorwacja. Niestety, na miejscu ani śladu słonka, a ulewa jeszcze bardziej się wzmaga. W powrotnej drodze odwiedzamy gigantyczną jaskinię, przez którą płynie podziemna rzeka. Miejsce zwie się Škocjanskie Jame i znajduje nieopodal miast Divača i Kozina. Warto zajrzeć w nielotny dzień.

Wieczorem, po sprawdzeniu prognoz, zapada decyzja o wyjeździe do Austrii. Wstajemy o jakiejś barbarzyńskiej porze w środku nocy i pakujemy do auta. Janusz i Arek znowu bezpiecznie wiozą cały ten interes, by wczesnym popołudniem dotrzeć Koessen w Tyrolu. Pogoda jest dobra i będzie latanie!

Termika nie działa, ale po deszczowym dniu nawet zloty są piękne. Deniwelacja znaczna, więc lot trwa ponad 10 minut i jest daleko do ziemi. Ćwiczymy wingovery - podoba mi się ta huśtawka. Gosia zawija pierwszą spiralę i też ląduje uradowana. Na lądowisku wieje, więc można lądować delikatnie i prawie w pionie. Noga już mniej boli i udaje mi się ustać wszystkie przyziemienia. Trochę gorzej na startowisku - tam powietrze stoi i trzeba solidnie dać z kopyta, co w moim wykonaniu wygląda dość pokracznie ("Jak auto jadące z kapciem" - ktoś raczył określić). W końcu pierwszy raz palę start na Nemo, a potem slalomem wymijam drzewa. Arek siwieje, obserwując nasze popisy, ale i tak mamy więcej szczęścia niż pewien Austriak. Widziałem jak biegnie, odrywa się od ziemi, po czym z wielkim hukiem... trafia w sosnę. Bierze ją w objęcia, a skrzydło przelatuje na drugą stronę. Chyba specjalnie tak wycelował, widząc nieuchronną kraksę. Na szczęście zbiera się szybko i zanim dobiegają koledzy, ma już skrzydło w połowie wyplątane.

Po trzech zlotach wyciąg kończy pracę, a my oddajemy się relaksowi pod postacią kolacji i lampki wina przy filmach (oczywiście o lataniu).

Następnego dnia rusza termika, ale my zmieniamy górę. Nie znam nazwy tego szczytu. Pod nim leży miejscowość Schwaigs i wielkie bagno - torfowisko. Szczyt jest dużo bardziej dziki niż ten wczorajszy. Nie ma wyciągu, za to rzadko rozsiane chatki i stada pasących się krów, które swoją obecność obwieszczają dzwoneczkami. Wszystko na linii chmur, które w większości łaskawie omijają naszą dolinę. Widoki są przepiękne, podobnie jak latanie. Wożę się na żaglu, próbując złapać jakieś kominy pod młodziutkimi cumulusami. Mogę z bliska, a nawet od środka zobaczyć jak rodzą się chmury. Gonię drapieżne ptaki i przejmuję od nich terytorium. Są dużo szybsze i zwinniejsze, więc na pewno zaraz znajdą sobie nowy kominek.

Pierwszy wylot ponad szczyt zaskakuje mnie w banalny sposób. Nim zawrócę, wiatr zanosi mnie już nad grań, gdzie zaczynam topić i niemalże sunąc tyłkiem po grzbietach pasących się krów i lawirując pomiędzy choinkami, ewakuuję się z powrotem na nawietrzną. Teraz będę ostrożniejszy przechodząc z żagla w komin. Zaczynają się turbulencje. Pierwszy raz widzę klapę na swoim skrzydle. Co ważne - widzę i trochę słyszę, ale nie czuję. Gdyby nie wzrok skierowany ku górze, nawet bym nie zauważył, bo sama się rozwija. Potem termika się wyłącza i lądujemy na jakiejś łące. Szybciutko pojawia się też młody funkcjonariusz, informując nas że nie jest to miejsce do lądowania. Cóż jednak począć? Oficjalne lądowisko to skrawek trawy o szerokości glajta, z drzewami po jednej i bagnem po drugiej stronie. Dla sporej części z nas jest to zbyt mały cel.

W oddali przepływają cumulusy, bardzo mocno już wypiętrzone i o pociemniałej podstawie. Prognoza zapowiadała burze na wieczór. Szykujemy się więc do pożegnalnego lotu, żeby zwinąć się zanim zaskoczy nas jakiś cumulonimbus.

Startujemy i od razu kręcimy. Jest silne noszenie, trochę turbulentnie. Wraz z Gosią znajdujemy żebro góry, nad którym ssie silny komin. Gosia wylatuje wyżej i odchodzi trochę w bok. Ja kręcę kółka nad pasącymi się na szczycie żebra krówkami. Mam jakieś 100-150 metrów ponad to wypłaszczenie i zawijam w stronę góry.

Nagle czuję bujnięcie. Niby nic nowego, ale teraz trochę silniejsze. Nie patrzę na skrzydło, a podobno dostałem potężną klapę na całą wewnętrzną połowę. Tym razem, podobnie jak poprzednio, nie wyczuwam tego w ogóle. Nawet nie słyszę. Mogę przysiąc, że nie przechyliłem się wtedy w prawo. Czuję, jakbym wpadł w drobne duszenie i nic więcej.
- Spokojnie, przyhamuj trochę - słyszę przez radio Janusza.
Więc spokojnie przyhamowuję, tyle że ciągle nieświadom sytuacji ciągnę za obie sterówki, zamiast zawisnąć na zdrowej połowie. Robie to delikatnie, ale wystarczy. Nagle czuję, że lecę w dół. Głośny szum, a potem huk i momentalnie widzę skrzydło przed sobą, pod nogami. Straciło swój kształt i faluje. Linki kompletnie miękną.

Do ziemi blisko, a odległość topnieje w oczach. Bezsensowność wychodzenia z tego bałaganu widzę natychmiast, a ręka automatycznie wędruje w jedyne słuszne miejsce. Jakby na potwierdzenie tej decyzji, poprzez szum wierzgającego skrzydła i wycie varia słyszę z radia:
- Paka, Michał! Paka, paka, paka!
Szarpię i wyrzucam jak najdalej. Zawsze obawiałem się, że te wszystkie zawleczki, klapki i tasiemki będą stawiać opór w krytycznym momencie. Tymczasem wylatuje gładko, jak kostka masła. Widzę jak się rozwija na początku, ale nie śledzę paki wzrokiem. Teraz patrzę tylko w zbliżającą się błyskawicznie ziemię. Na szczęście zniosło mnie znad szczytu żebra i nadal ciągnie w dół stoku, w stronę lasu. Jakieś 5m nad trawą słyszę rodzieranego rzepa i czuję szarpnięcie do góry. Zwalniam. Ląduję na stromym zboczu i natychmiast koziołkuję do przodu, dodatkowo ściągany przez obie czasze. Robię tak ze trzy fikołki, nim udaje mi się zahamować. Nic mi nie jest! Cieszę się jak nigdy, a jednocześnie jestem spokojny. Nawet ręce się nie trzęsą. Po prostu nie zdążyłem się przestraszyć. Zgłaszam przez radio, że wszystko OK i zaczynam zbierać sprzęt. Znajduję wszystko i za parę minut wyłażę z dziury i pakuję się do auta.

Arek z Januszem nie dają mi spokoju. Proponują ponowny lot, tym razem na spokojnie, by odetchnąć i ponownie oswoić się ze sprzętem. Dobry pomysł. Pakuję się w uprząż Janusza i odpalam. To jego siedzisko jest jakieś dziwne, kompletnie inne niż moje. Kręci się na boki, oszukuje przy zakrętach. Najpierw wyprzedza skrzydło w rotacji, a potem cofa się, by pokazać, że zakręt nie jest dokończony. Nie za bardzo wiem, co robić z podpórką pod stopami i jak płynnie zakręcać nie zakładając nóżki na nóżkę. Puszczam więc mimo uszu złośliwe uwagi o "wojewódzkich" zakrętach i spokojnie kołuję nad nielegalnym, ale wielkim lądowiskiem. Oczywiście, koniec końców nie trafiam nawet w tą ogromną łąkę i siadam na pastwisku obok. W tym momencie w głębokim poważaniu mam własność prywatną i wszystkich okolicznych funkcjonariuszy. Na szczęście nikt się nie przyczepia.

Gdy przyjeżdża ekipa, wszyscy gratulują mi pozostania w jednym kawałku. Jak się okazuje, rzucałem pierwszą pakę w historii szkoły Arka (za wyjątkiem, rzecz jasna, kursów bezpieczeństwa). Wszystko dobrze się skończyło i jest o czym rozmawiać i żartować przy tyrolskiej kolacji. Jedziemy do domu.

Teraz siedzę w chacie. Urlop przedłużyłem zwolnieniem lekarskim. Noga usztywniona, leczy się, a głowa pełna rozmyślań gdzie i kiedy będzie okazja znowu polatać :)

o wpadaniu w nałóg

Brrrrr. Ale moi rodzice też umierali ze strachu jak wypływałam w pierwszy rejs morski. Tak trzymaj synek!

Poezja pisana. Gratuluję

Poezja pisana. Gratuluję spełnienia moich głęboko ukrytych marzeń. I chyba na tyle głęboko, że pozostaną w tej dziurze na długo. Pojadę sobie od czasu do czasu na lotnisko w Kamieniu Śląskim i popatrzę jak się chłopaki wyciągają.
Baw się dobrze na kolejnych eskapadach. Udanych i szerokich kominów. I paka niech Ci rzadko służy.