Indie i Nepal

Od powrotu do Polski minęły już trzy tygodnie, a dopiero teraz zebrałem się by spisać wrażenia wyjazdu. Szykując się na taką wyprawę, wiedziałem że muszę być gotowy na wszystko. Nie myliłem się – Azja to inny świat, mimo kolonialnych wpływów kompletnie odmienny od naszej Europy, poza którą dotychczas nie wystawiłem nosa.

Wstęp

Wyjazd zaplanowany był na 16 dni. To bardzo mało, jak na tak daleką wyprawę. Choć głównym celem było latanie w okolicach Pokhary, chęć “zaliczenia” dodatkowych atrakcji była na tyle silna, że ciągle ścigaliśmy się z czasem, często ponosząc spore wydatki by zyskać jeden dzień, czy nawet parę godzin.

Całość podróży koordynowali Arek i Kamil – nasi instruktorzy paralotniowi, a jednocześnie przewodnicy, którzy zwiedzili wcześniej te rejony, znali lokalne realia, a niekiedy nawet odpowiednie osoby. Spisali się świetnie, bo mimo wielu przeszkód zrealizowaliśmy zamierzony plan.

Delhi

Indie powitaliśmy nocą, na lotnisku w Delhi, skąd taksówką ruszyliśmy w stronę hotelu. Noc ukryła przed nami prawdziwy wygląd i dźwięk miasta. Jedynie dziwne zwyczaje w niewielkim o tej porze ruchu drogowym oraz chaotyczna architektura starej dzielnicy zdradzały, że jesteśmy w miejscu kompletnie innym niż dotychczas.

Poranek przesunął mi się do godzin południowych, głównie z racji kilku godzin, które skradła nam podróż na wschód. Wychyliłem więc głowę z hotelu prosto w tłum i zgiełk Paharganju. Nim się dobrze rozejrzałem, zaproponowano mi jazdę rykszą i kupno bębenka. Grzecznie podziękowałem i udałem się na śniadanie do pobliskiej restauracji, gdzie starannie wybrałem z menu najbardziej znajomo i bezpiecznie wyglądającą potrawę – jajecznicę. Zaszczepiona przez wszystkich znających Indie znajomych obawa przed sensacjami żołądkowymi, fatalnymi w trakcie tak krótkiego wyjazdu, sprawiła że nie spróbowałem wielu lokalnych specjałów. Jestem przekonany, że jeszcze nadarzy się okazja by te braki uzupełnić.

Resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, a właściwie maleńkiego skrawka centrum. Stałe punkty programu, jak Red Fort i Jama Masid (Wielki Meczet), są nawet interesujące, mnie jednak znacznie bardziej pociągała ta bardziej przyziemna i powszednia część miasta, pełna z jednej strony hałasu, brudu i kurzu, a z drugiej – kolorów i nieznanych mi zapachów.

Pod meczetem przykucnąłem na moment, dyskretnie fotografując siedzących naokoło ludzi i biegające dzieci. Po którymś z kolei pstryknięciu migawki zobaczyłem przed sobą wyciągniętą małą rączkę i usłyszałem “Penć rupii!”. Podobieństwo do polskiej mowy zaskoczyło mnie tym bardziej, że skądinąd wiem iż liczba 5 wymawiana jest bardzo podobnie po arabsku. Pół świata mówi więc 5 tak samo, jak my. Zamiast utrwalać banknotem złe nawyki u dzieci, pokazałem zdjęcie, dzięki czemu zyskałem wielki zapał w pozowaniu do kolejnych ujęć u hinduskiego rodzeństwa, nawyraźniej zamieszkującego tę część ulicy.

Wieczorna wycieczka po uliczkach Paharganju zaskoczyła mnie najbardziej. W jakim innym miejscu na świecie można błądzić po ciemnych zaułkach najbiedniejszej dzielnicy, nie tracąc przy tym portfela lub czegoś znacznie cenniejszego? Może chroniła nas świadomość miejscowych, że na turystach lepiej zarabiać sprzedając byle co za astronomiczne sumy, jednak podczas dalszej podróży widzieliśmy wiele dowodów na niski poziom agresji wśród Hindusów. Chociażby ruch uliczny, który mimo kompletnej anarchii, braku poszanowania dla jakichkolwiek znaków i świateł oraz ciągłego używania klaksonu, pozbawiony jest chamstwa i brawury. Chyba jedyna walka jaka się tu odbywa, to targowanie, przybierające wymiar trudno wyobrażalny dla Europejczyka i zazwyczaj okupione dość kosztowną lekcją. Oczywiście w tamtejszym wymiarze, bo lokalne ceny przekładają się na nasze grosze i czasem warto odpuścić symboliczną złotówkę, która dla Hindusa może być pokaźną kwotą.

Po zderzeniu z egzotyką i niezwykle intensywnym pierwszym dniu, wydawało się że to już pora na odpoczynek i nic ważnego się nie wydarzy. Tymczasem spadła bomba. Wieczór, zamknął się tragedią. Niepojęta ironia losu sprawiła, że Marian, nasz nowo poznany towarzysz, jadąc latać na paralotni w Himalajach, pożegnał się z życiem spadając ze schodów w hotelu. Jeszcze pół godziny wcześniej, uradowany jak dziecko, powiedział że to podróż jego życia. Chyba nigdy nie użyję tych słów w odniesieniu do jakiejkolwiek wyprawy.

Zapadła decyzja o podzieleniu ekipy. Większość pod przewodnictwem Kamila pojechała do Varanasi, a wrocławska trójka, z Arkiem na czele, została w Delhi, by załatwić wszelkie nieprzyjemne obowiązki. Kolejne dwa dni spędziliśmy głównie w polskiej ambasadzie i szpitalu. Koniec końców, sprawę przejął konsul, któremu bardzo wdzięczni jesteśmy za zaangażowanie i okazaną pomoc. My tymczasem ruszyliśmy pociągiem w stronę Gorakhpur, by tam wynająć transport w stronę nepalskiej granicy.

Śmierdzący, zatłoczony i pełen szczurów dworzec New Delhi kontrastował z pociągiem. Choć nabyliśmy najtańsze bilety, wsiedliśmy do czystego i zadbanego wagonu sypialnego. Dotychczasowe przejścia wyczerpały nas na tyle, że nie wyobrażaliśmy sobie całonocnej jazdy na siedząco, w zatłoczonym wagonie, pilnując bagażu. Na szczęście konduktor okazał się bardzo przychylny i sprzedał nam dwa bilety na jedyne wolne miejsca. Niedługo potem zwolniło się trzecie i grzecznie śpiąc dotarliśmy przed południem do Gorakhpur. Od razu wrócił nam humor, rzadko obecny przez ostatnie dni.

Indyjskie wioski i lasy wyglądają równie fascynująco, jak miasta. Przydrożne kuchnie oferujące dziwne przekąski i napoje, wałęsające się małpy, a przede wszystkim ludzie, w tym kolorowo ubrane kobiety, tworzą niepowtarzalny klimat. Im bliżej Nepalu, tym bardziej zagęszczał się las, a także ruch samochodowy. Apogeum indyjskiego chaosu drogowego ujrzeliśmy na granicy. Korek, w którym stały przemieszane ciężarówki, ryksze, kozy, krowy i tragarze, nie posuwał się ani o milimetr. Wyglądało to, jakby nikomu oprócz nas się nie spieszyło, więc czym prędzej, wypełniając po drodze pół tony najróżniejszych kwitów, przedreptaliśmy na nepalską stronę. Przeciskając się pomiędzy samochodami z ogromnym paralotniowym plecakiem na grzebiecie i drugim, mniejszym, na brzuchu, wyglądaliśmy dziwniej nawet od tragarzy taszczących wielkie wory na głowie.

Nepal

Kraj, który na swoim terenie ma ośmiotysięczniki, w najszerszym miejscu rozciąga się jedynie na około 200km. Tymczasem jego południowy skraj jest idealnie płaską niziną. Himalaje wyrastają znikąd gigantyczną, zieloną ścianą, już po pół godziny jazdy od granicy. Razem z górami otoczyły nas ciemności i noc zasłoniła przed nami większość widoków. Wiezieni bezpiecznie przez dobrego kierowcę, powitaliśmy Pokharę koło północy. Reszta ekipy już była na miejscu.

O poranku przekonaliśmy się, że tegoroczna zima zwariowała nie tylko w Europie. Nad Pokharą zalegała ogromna inwersja i gęsta mgła skutecznie odcinała słońce oraz widok na Himalaje. Rzecz praktycznie nie spotykana o tej porze roku. W efekcie latanie ograniczało się do zlotów lekko wspomaganych przerywanym żaglem.

Ciekawszym doświadczeniem była wycieczka motocyklowa. Choć pedałuję niemalże na codzień, z silnikowym jednośladem nie miałem dotychczas do czynienia. Okazało się prostsze niż wyglądało. Lewostronny ruch i konieczność ciągłego trąbienia na pieszych i zwierzęta tylko dodawały smaczku.

Himalaje

Wizyta w Nepalu bez spojrzenia na szczyty Himalajów to skandal, przy którym blednie nawet popularne powiedzenie o Rzymie i papieżu. Niepewni dalszej pogody i tego, czy odsłoni przed nami widok na szczyty, postanowiliśmy czym prędzej wyruszyć na górską wycieczkę. Wybór padł na trasę Jomsom-Muktinath, fragment szlaku dookoła Annapurny.

Trasa do Jomsom to - pomijając fragment samochodem - przynajmniej kilka dni pieszej wędrówki. Z braku czasu wybraliśmy usługi Gorkha Airlines. Dotychczasowa podróż uodporniła nas na tyle, że ani tajemnicza opłata lotniskowa ani czterogodzinne opóźnienie startu nas nie wzruszyły. Spokojnie przysypialiśmy w poczekalni, zerkając to na nasz samolot, to na telewizor, w którym właśnie – prawdopodobnie dla otuchy i rozrywki - serwowano film dokumentalny o katastrofie lotu PanAm 103 nad Lockerbie.

Prawdziwe emocje wywołał dopiero sam lot. Najpierw długo oczekiwany widok Himalajów po wynurzeniu się z mgły, a potem zmagania z górskimi warunkami. Samolot niemalże ocierał się o granie, by po ich minięciu walczyć z nagłymi podmuchami wiatru. Przestałem dziwić się, że loty na tej trasie są częściej odwoływane niż dochodzą do skutku. Koniec końców, piloci zawrócili w ciasnej dolinie i sprawnie posadzili samolot na płycie lotniska w Jomsom. Dwadzieścia minut tych karkołomnych wyczynów sprawiło, że nawet (a może zwłaszcza) wytrawni paralotniarze odetchnęli z ulgą, gdy pod nogami znowu pojawił się stały ląd.

Dalsza podróż odbywała się pod górę, doliną rzeki Kali Gandaki. Przez całą drogę towarzyszyły nam karawany złożone z obładowanych towarem osiołków. Zwierzęta często szły bez żadnej opieki pasterzy, kierując się najkrótszą drogą do następnej wioski. Gdy dookoła robiło się tłoczno i gwarno, przystawały i czekały aż sytuacja się uspokoi. Poza nami nie napotykały żadnych przeszkód i choć krok mają wolniejszy od człowieka, brak przystanków sprawiał, że pokonywały trasę szybciej od nas.

Poranne opóźnienie zmusiło nas do zatrzymania się na nocleg już w Kagbeni. W Himalajach nie funkcjonuje znana z Europy zasada, że im wyżej tym drożej. Tutaj pobiłem rekord i zjadłem obiad, wziąłem pierwszy od wyjazdu z domu ciepły prysznic i wyspałem się za jedyne 3 dolary.

W nocy temperatura spada poniżej zera. Brak jakiegokolwiek ogrzewania w pokojach trzymał nas w jadalni do późnej nocy. Tam bowiem grzał nas wstawiony pod stół kociołek, pełen rozżarzonych węgli. Wystarczyło zdjąć buty i przykryć kolana grubym kocem zwisającym z blatu, by przyjemne ciepełko od nóg rozeszło się po całym ciele. Ten genialny w swej prostocie wynalazek jest standardem w chatach Ghurków.

Kolejny dzień upłynął pod znakiem zmagań z wysokością. Przeniesienie się w ciągu doby o trzy kilometry w górę nie ułatwia wędrówki. Przystawaliśmy co rusz dla nabrania oddechu, nieraz popijając serwowaną przez miejscowych herbatkę. Niezwykle silnie świecące słońce pozwala tutaj zastosować kuchenkę słoneczną – chyba najtańsze i najczystsze źródło energii w postaci wklęsłego blaszanego zwierciadła, skupiającego promienie na czajniku. Zagotowanie wody na pięć herbat jest kwestią kilku minut. Niewątpliwie, takie wynalazki pomagają ratować przed wycięciem ostatnie z rosnących tu drzew.

W Muktinath nocny mróz był dużo silniejszy i pokonał nawet wodę w kranie. Z przyjemnością spędziliśmy kolejny wieczór przy piecyku pod stołem, niestety niemiło zalatującym naftą, a to z powodu rozrzedzonego powietrza, utrudniającego rozpalenie czystego węgla. Miłym akcentem był przepyszny dal-bhat oraz jego radosna autorka, wyraźnie i bez ogórdek szukająca męża z Europy. Gdy jej zaloty i żarty nie odniosły oczekiwanego skutku, sięgnęła po mocniejszy argument – postanowiła, niby od niechcenia, pokazać że posiadła rzadką w tych okolicach umiejętność czytania. Miała 50% szans i nie trafiła. Wzbudzając powszechną wesołość, wodziła nosem nad kartą dań... trzymaną do góry nogami.

Poranek przywitaliśmy na tarasie z przepięknym widokiem. Wcinając śniadanko podziwialiśmy szczyt Dhaulagiri, bez przerwy produkujący chmury. Potem ruszyliśmy do buddyjskiego monastyru, gdzie w maleńkiej świątyni, za sprawą ulatniającego się pomiędzy skałami gazu, płonie wieczny ogień. Był to najwyższy punkt naszej wędrówki – 3800m n.p.m. Dalej znajduje się przełęcz Thorung-La, położona aż na 5400m. Brak noclegu po drodze sprawia, że praktycznie wszyscy pokonują szlak dookoła Annapurny w drugą stronę. My podreptaliśmy z powrotem, w dół do Jomsom, na nocleg i samolot.

Poranne oczekiwanie na samolot okazało się bezowocne. Lot został odwołany i nic nie wskazywało, że samolot przyleci nazajutrz lub chociażby w ciągu następnego tygodnia. Nikogo to już nie zdziwiło. Trzeba było kombinować inaczej.

Poszukiwania ujawniły 12 motocykli, które w niewyjaśniony sposób znalazły się w Jomsom (oprócz lotniczej, jedyna droga z dołu to kompletnie nieprzejezdna ścieżka). Akurat tyle, żeby zapakować na nie naszą wycieczkę. Każdy z motorów, obładowany kierowcą, pasażerem i jego plecakiem, ruszył w karkołomną eskapadę w dół kamienistej doliny.

Krajobraz szybko się zmienił i suche rumowiska skalne ustąpiły trawom i lasom, które z każdym kilometrem nabierały barw. Mimo zimy, w tej głębokiej na 6 kilometrów dolinie między Annapurną a Dhaulagiri, panuje dostateczna wilgoć by wegetacja trwała cały rok. Cudowne, kompletnie zaprzątające uwagę widoki sprawiły, że zaliczyliśmy jedną wywrotkę. Choć biorąc pod uwagę szaleństwa kierowcy i moje nieobycie z motorem, można uznać to za sukces.

Droga skończyła się dość szybko, choć tą przejażdżką zaoszczędziliśmy cały dzień dreptania. Dalej można było już iść tylko na piechotę, dzięki czemu dostałem szansę sięgania po aparat i zabierania na pamiątkę skrawków tego bajkowego krajobrazu. Zielone ściany doliny u dołu omywane są przez turkusowe wody Kali Gandaki, a u góry nieraz giną w mgle i chmurach. W rozsianych wzdłuż ścieżki chatach siedzą tubylcy, których jedynym zajęciem wydaje się być handel haszyszem, a po lesie przemykają bajecznie kolorowo ubrane dziewczęta.

Do Tatopani dotarliśmy nocą. Czekała tu na nas niespodzianka w postaci gorącego źródła, które wraz z butelką piwa i fajką z wybornym haszyszem doskonale ukoiło zmęczenie po czterodniowej wędrówce.

Następny dzień to krótka piesza wycieczka i nareszcie kontakt z pojazdami pod postacią niewiarygodnie rozklekotanych terenowych samoróbek. Po kilku zmianach środka transportu, wynajęliśmy auto do Pokhary. Oczywiście nie obyło się bez wymiany opony. Ze zgrozą obserwowaliśmy, jak kierowca z pomocnikiem wchodzą pod samochód i podpierają go konstrukcją z przydrożnych głazów, gdyż podnośnik okazał się za krótki. Nie zdziwiło nas już wcale, gdy miejscowi po naprawie i zapakowaniu nas z powrotem, odjechali zostawiając kamienie na środku szosy.

Koniec końców pokonaliśmy trasę Jomsom – Pokhara w dwa dni, co jest chyba niezłym wynikiem.

Latanie

Miłą niespodziankę sprawiła nam pogoda. Ustępująca inwersja odsłoniła w końcu widok na szczyty Himalajów i pozwoliła zadziałać termice. Pomimo rozgrywanych akurat mistrzostw Nepalu i ogromnego tłoku w powietrzu, latało się świetnie. 80 minut i 350m przewyższenia (do granicy inwersji) to wynik, z którego byłem bardzo zadowolony. Wreszcie się wylatałem!

Bardzo miłym akcentem był też poranny wyjazd na Sarangkot i oglądanie wschodu słońca. Zanim jeszcze jego tarcza pojawi się nad horyzontem, zapalają się po kolei szczyty Himalajów – Dhaulagiri, Annapurna, Machapucchare. Zaraz po tym wybornym spektaklu pojawił się lekki wiaterek ułatwiający start i poranny zlot do miasta na śniadanie.

Dobre warunki skłoniły nas do pozostania dłużej, kosztem zwiedzania Kathmandu. Nie żałowałem, bo położona w kotlinie, pełna samochodów, otoczona ceglarniami i przykryta gęstą warstwą smogu stolica nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Po drodze skosztowaliśmy jeszcze lokalnych specjałów pod postacią rybek smażonych wraz z głową. Na koniec zniknęła gdzieś ostrożność wobec tutejszej kuchni, co natychmiast zaowocowało kolejką do toalety w samolocie i zielenią na twarzach części wycieczki.

Potem tylko krótki nocleg w Delhi, papierkowa robota na lotnisku, nudny jak flaki z olejem lot niewygodnym Jumbo Jetem, zagubione po drodze bagaże (znalazły się) i w końcu powitaliśmy zaśnieżoną Polskę.

Było krótko, szybko i niesamowicie intensywnie. Teraz rozmyślam nad kolejną wyprawą, na dłużej i na spokojnie.

Parę rad

  • Najprostsza, oprócz samolotu, droga z Delhi do środkowego Nepalu, to nocny pociąg do Gorakhpur, a następnie samochód bądź autobus (w zależności od planowanego czasu i wydatków)
    do granicy w Sonauli. Granica prawie na pewno nie jest czynna w nocy. Tam na poczekaniu wyrabia się nepalską wizę (potrzebne zdjęcie i 30USD) i przesiada do autobusu lub samochodu do Kathmandu lub Pokhary (podobna odległość).
  • Jeśli na trasie Pokhara – Jomsom w ogóle odbywa się lot, to jeden dziennie. Czasami dwa. W żadnym razie nie wolno dać się nabrać na okazyjnie tanie bilety na kolejne loty. Zawsze kupujemy na pierwszy, a w razie jego odwołania – żądamy zwrotu pieniędzy (w razie problemów straszymy policją :)
  • Na wycieczki w Himalaje potrzebne są przepustki, sprawdzane na miejscu w posterunkach policyjnych. Kupić je można w biurach podróży.
  • W Pokharze można tanio (targujemy się!) wypożyczyć motor. Właścicielowi nie zostawiamy dokumentów, a jedynie ksero paszportu, żeby nie być zmuszonym do opłacania naprawy, gdy złom
    się rozleci po drodze.
  • Podróżując samochodami sprawdzamy, czy kierowca porządnie przywiązał nasz bagaż na dachu, bo różnie z tym bywa.
  • W zimie nie dajemy nabrać się na napisy “hot shower 24h”. Wchodzimy i sprawdzamy osobiście przed wybraniem hotelu. Oczywiście są wioski, gdzie każdy taki napis kłamie.

Przykładowe ceny

Poniższe ceny pochodzą z bardzo popularnych turystycznie rejonów
(centrum Pokhary i Delhi). Jeśli były rozbieżności, starałem się
podawać maksimum. W praktyce jest więc taniej.

1USD = 44IRP = 70NRP

nocleg w 2-3 osobowym pokoju z łazienką – maksymalnie 120IRP/150NRP od osoby
dal-bhat (podstawowe danie) – 200NRP (na 3700m npm, a więc cena wysokogórska)
pierożki Momo - 70NRP
czarna herbata – 10NRP
herbata z imbirem i miodem - 30NRP
zimna cola 0,33l – 15IRP w Delhi, 70NRP w Himalajach na 3500m
piwo – 60IRP/150NRP
haszysz – 1000NRP za 10-12g

wiza nepalska – 30USD
przepustka na rejon Annapurny – 2000NRP
najtańszy bilet Delhi - Gorakhpur – 150IRP
bilet lotniczy Pokhara - Jomsom, w jedną stronę – 70USD
bilet Kathmandu – Delhi (Royal Nepal Airlines, na tydzień przed lotem) - 140USD

odnośnie tej relacji

Gratuluję wyjazdu, choć 16 dni to rzeczywiście trochę krótko ;-) Ze zdjęć widzę, że faktycznie mieliście pecha z pogodą. Byłem w Nepalu 2 tygodnie temu, czyli teoretycznie w czasie gdy warunki do latania już się kończą, a zbliża się monsun i pogoda na loty i nie tylko była idealna (ahh jaka szkoda, że nie mogłem polatać).
Mam uwagę co do ceny biletu na pociąg Delhi-Gorakhpur bo SL II class kosztuje ok 300INRow. Jeśli chodzi o ceny z Nepalu to wszytkie te ceny to tzw. ceny dla turystów. Domyślam się, że są to ceny z Pokhary, która jest stosunkowo droga. Przykładowo w Kathmandu momosy to 20NRP a dal-bhat ok 60NRP (200NRP to najdrozszy dalbhat o jakim slyszalem!!!). No i jeszcze wydaje mi się, że niewłaściwie oceniłeś Kathmandu i całą kotlinę bo to jedno z najcudowniejszych miejsc w Nepalu i na pewno ma duuuużo więcej uroku niż Pokhara (zwłaszcza gdy himalaje są za chmurami).
Ledwo co wróciłem a już bym chciał tam wracać. Tym razem nie mieliśmy czasu na trek, ale następnym razem w planach będzie i trek i glajt mam nadziję :D

Pozdrawiam,
Piotrek

.

Nie sposób mi się nie zgodzić w kwestii cen. Jestem świadomy, że praktycznie na każdym kroku przepłacaliśmy, ale zmuszał nas do tego bardzo ograniczony czas wycieczki. A miejscowi akurat doskonale wiedzą jak zarobić na wiecznie spieszących się zachodnich turystach :)

O kotlinie Kathmandu słyszałem wiele dobrego. Całkiem możliwe, że po dłuższej wizycie zmieniłbym zdanie, ale przyjazd do straszliwie zadymionej stolicy po pobycie w Pokharze i Himalajach nie pozostawił najlepszego wrażenia.

Tak czy inaczej było pięknie i chcę tam wrócić. Tym razem na dłużej i na spokojnie, czego i Tobie życzę :)

PS: Dalbhat kosztuje 200NRP na wysokości 3700m n.p.m., a nie w Pokharze. Zaraz dodam tę uwagę :)